Chłopiec trzyma przedmiot. Oddaje go niebu i robi usta na „o”. Wraca. Leci. Wraca. Chmury chwytają z litości.
- To moje! - patrzy na słońce.
Bez odbioru.
Zapycha się starymi drożdżami, bo się nie podda.
Rośnie. Wyżej niż tata, zaraz dosięgnie bloku. I kiedy coś widzi, przedmiot opada.
Kop. Kop. Kop. Kop. Kop. Kop. Kop. Kop. Kop. Kop. Kop. Kop.
Żal, ciamajda. Nic nie umie. Bezmózg. Oboże. Jezu. Zabij się.
Zgarbiony, kucnął przy kącie. Turlał się i co chwilę wycierał łzy.
Przedmiot zabił kilka kruków, koty schowały się w trawę. Ludzie machają do pociągów.